
Black Friday
Co roku w listopadzie internet zaczyna przypominać wyścig. Wszędzie wyskakujące banery, odliczanie do startu wyprzedaży, migające hasła „-50% tylko dziś!”. I choć trudno się dziwić, że wielu z nas daje się porwać tej gorączce – sama czasem, bardzo wybiórczo kierując się konkretną potrzebą korzystam ze zniżek – to jednak jako rękodzielniczka czuję, że to totalnie nie jest mój świat.
Dlaczego Black Friday nie pasuje do rękodzieła?
Czarny Piątek powstał w okolicznościach, które moim zdaniem są bardzo odległe od świata twórców. To święto masowości, pośpiechu, emocji napędzanych strachem, że zaraz zabraknie lub będzie drożej. To kultura wrzucania do koszyka rzeczy, których często wcale nie potrzebujemy.
Rękodzieło to coś odwrotnego. To spokój, uważność i radość z tworzenia rzeczy, które powstają powoli, z myślą o konkretnej osobie, która będzie je nosić lub trzymać w dłoniach. To przeciwieństwo „fast”, czy to fast fashion, czy fast shoppingu.
Rękodzieło ma inną wartość.
Budując moją markę, zależy mi, by każde zamówienie było przemyślane i świadome.
Chciałabym, żeby klienci kupując u mnie, mieli poczucie, że wspólnie dokładamy cegiełkę do rozwoju lokalnej branży rękodzielniczej. To nie jest produkcja taśmowa. Każda rzecz wymaga czasu i dopracowania szczegółów, zwłaszcza kiedy realizuję spersonalizowane zamówienie.
Rękodzielnik działa w zupełnie innym modelu niż duży sklep internetowy.
Tutaj opłacalność nie liczy się w liczbie sprzedanych sztuk na minutę. Liczy się docenianie procesu powstawania i unikatowość przedmiotów, które powstają w pojedynczych egzemplarzach i są szyte (czy dziergane 😉) na miarę konkretnej osoby.
Wartość rękodzieła na rynku bywa podważana zarówno przez twórców, którzy boją się uczciwie wycenić swoją pracę, jak i przez klientów przyzwyczajonych do marketowych cen. Kolejne obniżki z okazji „święta konsumpcji” tylko utrwalają ten schemat i nie pomagają w budowaniu świadomości wokół produktów handmade.
Zależy mi też, by trafiać do osób, które rozumieją wartość rzeczy robionych ręcznie.
Które wiedzą, że to, za co płacą często więcej niż w sklepie sieciowym, ma zupełnie inną wagę i sens, że chodzi tutaj o pewną postawę stojącą w opozycji do masowej konsumpcji, która często oferuje tani i jednorazowy produkt.
Czy kusiło mnie, by zrobić promocję?
Oczywiście.
W sklepie zostało mi kilka produktów, które się nie sprzedały, i przez chwilę pomyślałam, że może warto puścić je z jakąś ogromną zniżką, by zrobić miejsce na nowe projekty (a magazyn mam w mieszkaniu, więc miejsca niewiele).
Ale im dłużej o tym myślałam, tym bardziej czułam, że to nie jest w zgodzie z moim podejściem.
Budując moją markę, chcę działać według własnych zasad, a nie pod naporem komercyjnego „święta” konsumpcji. Nie chcę, żeby moje rękodzieło stawało się częścią masowego trendu kupowania „bo taniej”.
Świadomy wybór
Nie biorę udziału w Black Week, Black Friday ani Cyber Monday. Nawet jeśli w tym czasie nikt niczego u mnie nie zamówi, to w porządku.
Rękodzieło to dla mnie wolność tworzenia, wyboru i działania po swojemu. To też oddech i sprzeciw wobec presji, że ciągle trzeba więcej, szybciej, głośniej.
I właśnie tej wolności nie zamierzam zamieniać na wyścig zniżek. Wierzę, że rękodzieło z każdym rokiem będzie zyskiwać na sile. Może porywam się z motyką na słońce, ale z całego serca chcę dokładać do tego swoją małą cegiełkę.
Łączę serdeczności,
Rękodzielniczka Monika
